niedziela, 29 stycznia 2012

Sama sobie zarzucam, że zbyt mało "Zapachów do szafy" na półkach w sklepie o takiej właśnie nazwie. Nadrabiam powoli zaległości:

  

  

  

  

piątek, 27 stycznia 2012

Tak rzadko ostatnio robię zamówienia indywidualne, że już prawie zapomniałam, jak bardzo to lubię. Z pokorą przyjmuję wytyczne odnośnie detali wykończenia, sugestie na temat stylu itd. Czasem przemycę jakąś swoją wizję, ale delikatnie, nienachalnie. Klient zazwyczaj ma lepsze rozeznanie w swoim wnętrzu, a moja wyobraźnia zdaje się wtedy rozmijać z  oczekiwaniami zamawiającego. No i wspomnieć należy, że taka rozmowa to również dla mnie nauka, świeże tchnienie, spojrzenie z pod ostrym kątem. 

Na zdjęciach komplet  do łazienki pani Ani. Miało być w stylu shabby chic (cokolwiek to znaczy). Hasło modne i nośne, choć dla mnie brzmi troszkę jak chrzęst folii aluminiowej. Ani przyjemnie, ani drażniąco. Po prostu nijak. Wolę nazywać to jednak stylem romantyczno-staroświeckim. 

 

  W komplecie miały znajdować się: dwustronna serwetka wykańczana koronką, woreczek na drobiazgi, wieszak pachnący oraz dwa serduszka. Ale jak już cięłam, to nie mogłam się powstrzymać. Powstało jeszcze chusteczkowe etui i ramka na zdjęcie (obydwa elementy na półce  w sklepie).

  

  

  

  No i na koniec serce, które gdzieś tu już kiedyś się przewinęło. Ale mi się podoba. Spodobało się również pani Ani i po drobnych modyfikacja weszło w skład kompletu.

  

02:14, bnorbert3
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 24 stycznia 2012

Nie ma co pisać... spróbowałam swoich sił w pikowaniu. Na mojej maszynie to nie lada wysiłek.  I wciąż z zazdrością patrzę tu i tam, i widzę, jak daleko mi jeszcze  do ideału.

To tęskne wyglądanie w kierunku pianki odzieżowej nasiliło się pewnie u mnie z powodu chłodu, który odczuwam ostatnio bardziej dotkliwie niż zwykle. Zazwyczaj mniej dokucza mi lekki mróz przy suchym powietrzu. A ta wszędobylska wilgoć  i brak słońca powoduje u mnie jakieś dziwne stany okołodepresyjne. 

Pobawiłam się więc pianką przez jeden dzień i na kwartał pewnie wystarczy mi tej zabawy.

 

  

  

  

  

poniedziałek, 23 stycznia 2012

Nie wiadomo kiedy minął rok odkąd znalazłam się w swoim nowym życiowym porządku. Już czasem tracę rachubę, co się kiedy wydarzyło. Co "przed", a co "po". 

Dopiero zbierałam lawendę, potem była złota jesień, święta, sylwester. A tu już dopada mnie koniec stycznia. Ten niekontrolowany upływ czasu zauważył już nawet mój młodociany syn, co - jak stwierdziłam - dobrze mu nie wróży, bo to oznacza, że młody zaczyna się starzeć. 

Aby spowolnić jego bieg... kilka migawek z października. Vitoos mnie tu pewnie zaraz zjedzie za miernotę jakościową i brak robali. Ale sprzęt mam, jaki mam. Ten lepszy przepadł z pożodze rozstaniowej. Za to z ujęć jestem w pełni zadowolona.

Odbyłyśmy wtedy z dziewczynami przecudny dwudniowy wypad do małej chaty w Karkonoszach. Słowo daję... same kobiety. Dałyśmy radę rozpalić w kominku, upiec ziemniaki w ognisku, głośno śpiewać na łące, machnąć po górach kilkanaście kilometrów nie gubiąc się  w lesie, obalić parę butelek wina różnorakiej jakości bez szkody dla własnych głów oraz sprzętów domowych oraz obejrzeć kilka filmów (w tym jeden o nieobyczajnej treści).  Na koniec zostawiłyśmy chatę czyściuteńką i pachnącą. A trzeźwe i wypoczęte umysły mogłyśmy odstawić bezpiecznie do domu, aby na poniedziałek były gotowe do pracy. Wniosek: do czego potrzebni są nam mężczyźni? Czasem? Tymczasem? No do czego? Bo ja nie wiem.

 

  

 

 

  

  

  

 

  

czwartek, 19 stycznia 2012

Gdy Walentynki tuż tuż, nasz  apetyt na wyznawanie miłości rośnie. To znaczy mi nie rośnie, nie jestem przykładem dobrych decyzji w tym zakresie. Obserwuję po prostu świat i ludzi. 

Wyznania z początkiem lutego zdają się wylewać zewsząd. Ale to przecież dobrze. Jeśli chodzi o uczucia, lepiej powiedzieć więcej, czasem nawet za dużo, niż czekać na odległe "kiedyś". Bo "kiedyś"  może przepłynąć niepostrzeżenie obok, nie porywając nas z głównym nurtem. 

A zatem wyznawajmy... Obdarowujmy... Niech się dowie świat. A co!

 

  

  

  

  

  

piątek, 21 października 2011


Dwie godziny temu wysłuchałam audycji o blogosferze i pamiętnikarstwie w mojej radiowej Trójce. Aby zdążyć na czas  urwałam się nawet z herbatki u przyjaciółki. Słuchaliście również? Jeśli nie, to streszczenie audycji można przeczytać tutaj.

Autor publikakcji o blogach i pamiętnikach od dwudziestu lat bada to zjawisko. Dokonuje podsumowań, wyodrębnia gatunki, systematyzuje twórców. Z jednym zdaniem autora się zdecydowanie nie zgadzam. Powiedział, że pamiętniki spisywane piórem na papierze dzieli od internetowych blogów jakościowa przepaść (na niekorzyść tych drugich rzecz jasna, czego łatwo można się domyślić). A to dlaczego niby? - myślę sobie. Dlaczego facet, który kilkadziesiąt lat wczytuje się w cudze przemyślenia i wspomnienia tak niedbale generalizuje te oceny. Że niby piszemy miałko, niedbale i w ogóle... 

Może łatwiej nam tu wyrażać emocje. Często jesteśmy nadekspresyjni.  Wstawiamy zdjęcia, rysuneczki, migotliwe banery. Niektóre strony zawierają w tekstach więcej emotikonek niż słów. I co z tego? Moim zdaniem różni nas tylko nośnik. A i w jednym przypadku i w drugim zdarzają się pamiętniki lepsze i gorsze.  A jakość tej pisaniny i tak zweryfikuje licznik odwiedzin i powtarzalność gości.

Z jedną kwestią poruszoną w audycji się jednak zgodziłam.  Mowa była o systematyczności. Autor przeciwstawia pamiętniki spisywane  w kalendarzu tym notowanym w zwykłym zeszycie czy internecie. W pierwszym przypadku w dniach, kiedy nie mamy nic do powiedzenia istnieje biała plama. Taka pustka czasem aż boli. 

Inaczej jest w blogu czy pamiętniku zeszytowym, w którym zapisujemy kartkę po kartce. Tutaj każda przerwa w pisaniu trwa tyle samo. I łatwo o niej zapomnieć.  Bez względu na to, czy przerwa trwa tydzień, czy rok. Boli tak samo.

Wiem to, bo sama to teraz zauważam. 

Na całe szczęście przerwy w pisaniu zostają wybaczone, bo po długiej niebytności widzi się wciąż te same twarze. Ja widzę. Wracam tu po prawie roku jak gdyby nigdy nic i wciąż widzę tu Pepsi (witaj Pepsi), i Anię z Krakowa (co tam u Smoka?), i Elę (jak tam Twoje serducho?), i Renulca (wszystkie nosimy przecież biustonosze), i Jasmin, która pewnie robótkowo odreagowuje kolejne zastrzyki. Nawet kilku facetów tu zagląda, choć moje pisanie takie jest niemęskie (ahoj, Vitoos). Powinnam jeszcze wymieniać i wymieniać do rana.


Od miesiąca mój blog jest również w syndykacie. To znaczy, że jest promowany na stronach głównych portalu Bloxu oraz stronach Gazeta.pl. Jest to dla mnie duży zaszczyt i radość. Wraz z zagoszczeniem na liście promowanych blogów pojawili się nowi goście. Miło mi więc powitać nieznajome  twarze.  

Wszystkim Wam bardzo serdecznie i skromnie dziękuję.

 

 

 

 

poniedziałek, 17 października 2011

Wczoraj w nocy założyłam stronę sklepu na Facebooku. Odtąd można nas tam polubić:) Będzie miło, gdy się policzymy z naszą wzajemną sympatią, choć nie wiem, czy to jest wyznacznik czegokolwiek.

..........

 

A zahaczając przy okazji i zupełnie bez związku inny temat... znalazłam wczoraj ogłoszenie pracy o następującej treści:



Jako młode przedsiębiorstwo charakteryzujące się płaską strukturą przykładamy szczególną wagę do wspierania indywidualnego rozwoju naszych pracowników. Do naszej centrali w Bielanach Wrocławskich poszukujemy osoby na stanowisko:

OSOBA DO MIERZENIA ODZIEŻY

Miejsce pracy: Bielany Wrocławskie

ZADANIA

  • Przymierzanie odzieży Orsay
  • Wsparcie administracyjne działu zakupów


WYMAGANIA

  • Wykształcenie średnie
  • Dokładność i systematyczność
  • Otwartość i gotowość do podejmowania wyzwań
  • Dyspozycyjność
  • Rozmiar 38 (Do podania proszę dołączyć swoje aktualne wymiary: wzrost, ob. klatki piersiowej, talii i bioder)


ORSAY OFERUJE

  • Więcej niż tylko samo miejsce pracy
  • Wiele możliwości indywidualnego rozwoju
  • Pracę w międzynarodowym środowisku


Już teraz możecie tworzyć Waszą przyszłość!

Aż szkoda, że rozmiarowo się nie łapię. Wykształceniowo też chyba nie bardzo. Praca musi być interesująca. Bo nie dość, że od rana do późnego popołudnia ubierałabym się w pożyczone ciuszki, to jeszcze administracyjnie wsparłabym dział zakupów. Zresztą finansowo pewnie również - i to z własnego portfela. Jak się bowiem rozstać z rzeczami, które szyte byłyby jak na mnie.

Zakupiłam tkaninę w sobotę z myślą, że będę ją stopniowo wyrabiać aż do świąt.  Ale niepohamowany entuzjazm kazał mi pracować całą dalszą część weekendu. W efekcie powstało kilka kompletów poduch...

  

  

 

... i anioły...

  

 

... i nawet wieszaki.

 

 

Uwielbiam to połączenie kolorów. Nigdy nie zawodzi. 

Na razie wszystkie dekoracje powędrowały na półki w Allegro. Po kilka wieszaków szczęśliwie wylądowało również w sklepach w kraju - tu i ówdzie.

środa, 05 października 2011

Miło mi widzieć ponownie i Ciebie Elu, i Panią, Pani Doroto. Nawet nie wiecie, jak to przyjemnie wrócić na stare śmieci, których nie odwiedzało się od miesięcy. A tu wszystko zdążyło się tak straszliwie zakurzyć.

A że postanowiłam wracać tu częściej, zrobiłam też większe porządki w swojej przestrzeni. Naładowałam baterie do aparatu. Wyciągnęłam z szafy przedmioty z allegrowego sklepiku, który również obumarł był smętnie z braku dbałości. Tak więc dzisiejszy dzień spędziłam na systematyzowaniu przedmiotów, mierzeniu obrusów, prasowaniu poszewek do zdjęć. Drugą część dnia walałam się po podłodze, aranżując fotograficzne ujęcia. Przeleciałam się bowiem po aukcyjnych sklepikach i ze smutkiem zauważyłam, jak niewiele trudu zadają sobie wystawcy, aby oferowany produkt odpowiednio wyeksponować.

Sprzedaż w realu ma tę niewątpliwą zaletę, że klient ma możliwość dotknięcia wyrobu, powąchania, przytknięcia do twarzy, potarcia między palcami, podglądnięcia lewej strony. Taki klient rzadko wychodzi ze sklepu z pustymi rękami. Chyba że akurat znajduje się w towarzystwie znudzonego męża, który na te właśnie zakupy został zaproszony w roli kierowcy lub sponsora (gorzej jeśli w roli jednej i drugiej - takie drastyczne połączenie może wystawić cierpliwość tegoż na cięższą próbę, niż jest w stanie on wytrzymać). A tu w dodatku w tivi taki ważny mecz. W takim przypadku skuteczność naszego marketingu możemy sobie w buty wsadzić, bo jest on w stanie tak skutecznie odwieść żonę od zakupu, że łojezu! Takiemu to nic nigdy do życia nie jest przecież potrzebne.  Ani obrus, ani poduszka pod głowę. A jak potem okazuje się, że tego nie ma, a nie daj boże inne kobiety mają, to okazuje się że własna żona jest niegospodarna i niewystarczająco dba o dom. 

W internecie jest jeszcze trudniej. Nie ma wprawdzie rozhisteryzowanego i nadąsanego męża, jest do dyspozycji  za to niewielka fotka i kilka słów opisu na to, żeby przekonać klienta o wyjątkowości naszego towaru. 

Stąd też nadwyrężałam dziś swoje plecy, łokcie i kolana w pogoni za nastrojowymi ujęciami, jakie chciałam dziś stworzyć, aby wyeksponować wyroby.

Te tutaj poniżej z wiadomych względów w ofertach się nie znalazły. Ale jak je tu umieszczę, to się przynajmniej nie zmarnują. 

  

  

  

  

  

  

  

  

sobota, 01 października 2011

Wczoraj tak się złożyło, że ktoś, kto mnie zupełnie jeszcze nie zna, powiedział "Przeczytam Twojego bloga". Przyznam, że wpadłam w popłoch i dziś rano postanowiłam przejrzeć, czy aby nie zawarłam tu treści, które powinnam wyrzucić z pamięci, a gdy z pamięci się nie da, to przynajmniej z sieci. No i z zaskoczeniem stwierdziłam, że nadal, pomimo ponadpółrocznej nieobecności, mam wiernych gości. Dziękuję... 

Od razu przepraszam, że nie odpowiedziałam na komentarze. Pani Doroto, pani Sylwiu, z  poduszkami to teraz raczej ciężka sprawa, bo trochę się przebranżowiłam. Nastawiłam się teraz na obsługę stałych klientów, dla których realizuję raczej ofertę cennikową. Ale jeśli Panie jeszcze wyrażają chęć i ochotę, to postaram się jakoś poukladać z tematem. Tak czy inaczej będę tu bardziej systematycznie zaglądać, żeby wyłapywać Państwa zapytania na bieżąco.

Panie Jarku, lawendy już od następnego sezonu nie uprawiam. Nadal kocham te kwiaty, ale odtąd będę je wielbić już tylko na własny użytek. Dla przyjemności, a nie dla kasy, bo nie nadążałam już ze wszystkim i postanowiłam się skupić raczej na tym, co przynosi mi chleb przez okrągły rok. Ale chętnie podpowiem, wytłumaczę, poradzę, a potem pochwalę, podniosę w nadziei i ukoję w wątpliwościach, jeśli pan tylko pozwoli i podzieli się uwagami. 

 

No to tyle tytułem wytłumaczenia się z długotrwałej nieobecności.

A teraz przyszło nowe. Mam nowe mieszkanie, nowe otoczenie, meble, szmatki, zajęcia. Tylko tematy zainteresowań pozostały te same. 

Mam nową maszynę do kawy. Ach, jakaż dobra mi ta kawa wychodzi. Nadużywam tej hedonistycznej przyjemności z prawdziwą przyjemnością.  Ze szkodą dla własnego układu krwionośnego zresztą.

Mieszkam w bezpośrednim sąsiedztwie Empik-u, co znaczy, że teraz więcej książek kupuję tam, niż w Allegro. Przeczytałam kolejną Harris, kolejnego Irvinga (a jakże!) i kolejnego Allena. Jeszcze paręnaście innych rzeczy. Teraz na warsztacie mam następnego Szczygła z opowieściami  z Czech, które za sprawą tego pana darzymy uczuciem niesymetrycznym do tego, czym oni nas obdarzają.  To znaczy nie zaczęłam go jeszcze, bo wczoraj nabyłam dopiero. Na razie wącham papier i dotykam okładki. Rozpracowuję więc faceta organoleptycznie (ależ to zabrzmiało, a niech tam...). Ale dziś na pewno zacznę. 

Dokonałam swoistego podsumowania na temat budowania własnych preferencji książkowych (nie mylić z literaturowymi).  Otóż doszłam do wniosku, że ja książki kupuję według kilku kryteriów. Albo autora już znam i zamierzam z nim poromansować po raz kolejny, bo poprzednio byłam zadowolona. Albo dlatego, że ktoś mi coś polecił, pojawił się film na podstawie lektury, który chciałabym potem oglądnąć. Jest jeszcze jedna okoliczność - zupełnie przewrotna i zaryzykowałabym stwierdzenie, że typowo kobieca, bo mężczyźni chyba tak nie dokonują zakupów. Nabywam mianowicie książkę, bo spodobała mi się okładka. Mam bowiem nadzieję, że zdjęcie, ilustracja, krój liter,  a nawet faktura papieru nie znalazły się tam przypadkowo.                      

Jeśli chodzi  o ludzi, to porównując opakowania z zawartością można się niejednokrotnie i boleśnie przejechać.  Dlatego od dziś przestaję dbać o siebie, aby dać wyraz własnej wewnętrznej hipotetycznej atrakcyjności. Nie zmyję dziś wieczorem makijażu, a co!

 

 

  

  

  

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 33

free counters